wtorek, 8 lipca 2014

Rozdział pierwszy: Dom

   Właśnie stoję przed rodzinnym dworem. Rozejrzałem się po okolicy... Jak zwykle pogoda nadawała temu miejscu melancholijny wygląd. Ciężkie deszczowe chmury nie przepuszczały promieni słońca. Północny wiatr był zimny, nawet teraz, w lato. Tutejsze lasy i trawy były ciemnozielone. Wokół nie było widać innych ozdób oprócz kilku szarych kamieni, które były porośnięte mchem. Ciężko westchnąłem i ruszyłem w stronę drzwi wejściowych. Wspinając się po schodach usłyszałem głos matki dobiegający z budynku. Rozmawiała z kimś, w jej głosie wyczuwałem niepokój. Wszedłem do przestrzennego korytarza. Rzuciłem torbę na podłogę i zacząłem zdejmować buty. Usłyszałem kroki w salonie, które zbliżały się do korytarza. Na progu ucichły. Już po zdjęciu butów, wziąłem torbę i się wyprostowałem. Odwróciłem się w stronę dużych hebanowych schodów, które prowadziły na piętro, i zobaczyłem matkę. Nie wyglądała najlepiej, dawno nie widziałem aby czymś się przejmowała. Słabo uśmiechnęła się do mnie i ruszyła w moją stronę:
-Cieszę się, że wróciłeś Draco... – starała się ukryć swój niepokój, ale nie potrafiła tego aż tak dobrze. Przytuliła mnie, a wtedy z salonu wyszedł mój ojciec. Puściłem torbę, która głucho upadła na ziemię. Nie mogłem poruszyć się, stałem wpatrując się w ojca jakbym był z kamienia. Czułem, że matka mocniej przytuliła mnie, ale krótko. Rzuciła idąc w stronę kuchni – Zaraz będzie obiad...
Zniknęła z moich oczu. Ojciec ciągle obserwował mnie. Podniosłem torbę i mocno zacisnąłem pięści, ruszyłem w stronę schodów na piętro. Mijając ojca, usłyszałem od niego:
-Czyżbyś się nie cieszył, że wróciłem do domu?
Zignorowałem go. Po chwili byłem w swoim pokoju. Rzuciłem torbę na podłogę i kopnąłem miotłę stojącą przy ścianie, spadła na ziemię. Potem na podłodze wylądowało kilka książek. Stałem teraz na środku pokoju. W głowie miałem pełno myśli, zwłaszcza nauk wpajanych przez ojca. Moje rozmyślenia przerwało pukanie do drzwi pokoju. Spojrzałem na nie:
-Proszę... - rzuciłem i zacząłem zbierać porozrzucane rzeczy z podłogi.
-Posprzątasz później, chodź zjedź... - tak jak myślałem, była to moja matka. Ona jedyna w tym domu pukała w drzwi wchodząc do mojego pokoju. Postawiłem miotłę na miejsce i ruszyłem za nią na parter, do jadalni.
   Siedziałem sztywno przy stole. Przede mną leżał pusty talerz, a ja patrzyłem wprost na matkę. Ciągle zadaje sobie pytanie, dlaczego ona nie potrafi sprzeciwić się ojcu. Czy naprawdę aż tak się go boi? Czy może kocha go aż tak bardzo, że wszystko znosi? Często te dwa pytanie krążą po mojej głowie, kiedy jemy wspólny obiad i kolacje.
-Draco jedź... - odezwała się matka łagodnym głosem, przymknąłem na chwilę oczy i wstawałem od stołu mówiąc:
-Nie jestem głodny...
-Siadaj i jedź. – rzucił obojętnie ojciec. Stałem już i patrzyłem na niego, przysuwając krzesło do stołu, uniósł głos – Siadaj i jedź!.
-Nie jestem głodny – powtórzyłem. Odwróciłem się i ruszyłem w stronę korytarza.
-Mógłbyś chociaż zostać do końca posiłku – rzucił oschle, spojrzałem na niego i bez słowa wróciłem do swojego pokoju. Sprzątnąłem, wziąłem prysznic i zasnąłem przed kolacją.

   Dzisiejszej nocy wyspałem się jak nigdy dotąd. Rano obudziłem się i chętnie wstałem. Po porannej toalecie, przebrany, poszedłem zjeść śniadanie. W jadalni spotkałem ojca, czytał Proroka Codziennego. Na pierwszej stronie był duży nagłówek Uniewinniony – czy słusznie? i jakieś ruchome zdjęcie. Próbowałem odczytać co pisze pod zdjęciem, robiąc sobie kanapkę, ale ojciec za nisko trzymał gazetę.
-Aż tak interesują cię plotki na temat mojego uniewinnienia?
-Tak, bo prawdy sam nie powiesz.
-A jak pobyt we Francji? Spotkałeś tamtejszych czarodziejów? - zmienił temat.
-Nie było tak źle. Ostatniego dnia brałem udział w bankiecie organizowanym przez właściciela hotelu, który jest czarodziejem. Zaprosił tylko szanowane rodziny czarodziejów oraz stary ród wampirów...
-Właśnie przeglądam artykuł na ten temat – rzucił sucho i położył gazetę na stole. Nagłówek brzmiał Magiczny bankiet w Paryżu, a pod nim było zdjęcie – ja rozmawiający z Elen i właścicielem hotelu. Ojciec dodał – Widzę, że trafiłeś nawet na jakąś dziewczynę... Nie byle jaką.
Nic nie odpowiedziałem. Dokończyłem śniadanie i zapytałem z ironią:
-Chciałbyś coś zasugerować?.
-Będąc w twoim wieku, wiedziałem już, że Narcyza zostanie moją żoną...
-Chyba tylko dlatego by zachować czystość krwi – rzuciłem, ojciec wbił nóż w stół i popatrzył na mnie ze wściekłością. Obojętnie patrzyłem prosto w jego oczy. Do jadalni weszła matka, ojciec wstał i rzucił w moją stronę kilka słów.
-Uważaj na to co mówisz. - wskazał na Elen, która akurat na zdjęciu zaczęła uśmiechać się – Dobrze, że więcej jej nie spotkasz, bo miałbyś same kłopoty.
Wyszedł z pomieszczenia, a potem słychać było trzaśnięcie frontowymi drzwiami. Przez okno widziałem jak ojciec teleportował się. Matka patrzyła na mnie ze strachem:
-Dlaczego ciągle widzę zmartwienie na twojej twarzy? - zapytałem bez jakichkolwiek uczuć, chociaż chciałem potrafić je wyrażać jak należy.
-Prowokujesz własnego ojca? Powinieneś mieć szacunek do niego. - zaczęła sprzątać ze stołu.
Popatrzyłem ponownie na zdjęcie w gazecie i poszedłem do swojego pokoju.
   Przeglądałem podręczniki z siódmej klasy, szczególnie ten od eliksirów i zaklęć. Kiedy znudziło mi się to, poćwiczyłem trochę a następnie wyszedłem na spacer. Po obiedzie ponownie siedziałem w swoim pokoju. Po kolacji od razu poszedłem spać. Taką monotonią żyłem przez kolejne dwa tygodnie, aż otrzymałem list z Hogwartu. W kopercie znajdowała się odznaka Prefekta Slytherinu. Do rozpoczęcia roku zostały niecałe dwa tygodnie. Częściowo miałem spakowaną torbę, trochę ciuchów, wszystkie książki oraz najważniejsze czyli list, bilet oraz odznaka.

   Wybrałem się na Pokątną. Ulica ta była pełna czarodziejów, wszyscy wybrali się na zakupy. Raczej bez celu chodziłem po Pokątnej, aż trafiłem na Zabiniego i Parkinson.
-Cześć Draco. - odezwała się dziewczyna – Jak wakacje?
-Cześć... Bywały gorsze. – odparłem i zapytałem – Też bez przyczyny chodzicie po Pokątnej?
-Pewnie, lepiej wyjść tutaj niż gnić w domu – rzucił ciemnoskóry.
-Może pójdziemy gdzieś usiąść i wtedy pogadamy? - zaproponowała Pansy, a ja kiwnąłem głową.
Szliśmy przez Pokątną rozmawiając. Będą tuż przy kawiarence na rogu, skąd widać sklep Weasley'ów, mijaliśmy Granger. Gryfonka jakby delikatnie uśmiechnęła się, ale nie byłem pewny. Kiedy siadaliśmy w kawiarence, do stolika przy oknie, Pansy zaczęła rozmowę.
-Zauważyliście jak zuchwale ta Granger się uśmiechnęła? Myśli, że wszystko jej wolno...
-Mam wrażenie, że jak o niej mówisz to jesteś zazdrosna.
-Ja?! Zazdrosna o nią?! Proszę cię Blaise, nie ośmieszaj sam siebie.
-Ty głównie narzekasz na nią, kiedy ona zrobi coś i zostanie pochwalona.
-A co ty ją tak bronisz?
Moi znajomi jak zwykle docinali sobie nawzajem. Ja nic się nie odzywałem, spoglądałem za okno. Co chwilę, ktoś przechodził przez ulicę. Z całą pewność Pokątna jest pusta w roku szkolnym, a ożywa dopiero przed rozpoczęciem szkoły. Przyglądałem się teraz sklepowi Weasley'ów. Dużo osób chodziło tam, trzeba przyznać że mało kto teraz w Hogwarcie będzie robił psikusy innym, odkąd nie ma tych bliźniaków...
   Właśnie zobaczyłem, że do sklepu z psikusami wchodzi brunetka. Z profilu przypominała mi Elen, bez namysłu zerwałem się i wyszedłem pośpiesznie z kawiarenki. Skierowałem się do sklepu Weasley'ów i kiedy wszedłem tam przytłoczyło mnie wnętrze budynku. Zdawało się, że to piętrowy sklepik, niewielki. Ale jak się weszło do niego był kilkakrotnie większy. Rozglądałem się i szukałem dziewczyny podobnej do Elen. Po półgodzinie już chciałem się poddać, właśnie wracałem w kierunku wyjścia, kiedy minąłem jakąś brunetkę. Zatrzymałem się i odwróciłem się w jej stronę. Ona patrzyła na mnie, uśmiechnęła się i rzuciła pierwsza.
-Jaki świat ten mały...
-Myślałem już, że się pomyliłem... Że widziałem ciebie. – odparłem, a ona zagryzła dolną wargę, dodałem – A tak właściwie, co ty tu robisz?
-Zamieszkałam na przedmieściu Londynu i przeniosłam się do Hogwartu, na siódmym roku będę.
-A jak z wyborem Domu?
-Mogę skorzystać z Tiary Przydziału lub sama wybrać...
-Przepraszam, że przeszkadzam... - rozpoznałem za sobą głos Weasley'a – Ale czy mógłbyś opuścić ten budynek, nie jesteś tu mile widziany Malfoy.
-George daj spokój – odezwała się Elen, chciałem się sam odezwać ale rudy mnie wyprzedził.
-Pogadać można gdzie indziej, a tu się albo kupuje albo nie przychodzi w ogóle. - na parterze rozległy się krzyki. Weasley wychylił się przez barierkę i zaczął krzyczeć – Pierwszoklasiści uspokoić się albo traficie na Czarną Listę Gości, a wtedy zakaz wstępu całkowity!!
Jedenastolatkowie nie posłuchali się, więc George ruszył biegiem za nimi. Śmieszyło mnie to, bo kilka grup pierwszoklasistów biegało po całym sklepie. Akurat obok mnie i Elen przebiegła jedna grupa i popchnęła brunetkę wprost na mnie. Złapałem ją w ramiona i zobaczyłem lekki rumieniec na jej policzkach.
-Dziękuje – rzuciła szybko i odeszła o krok ode mnie poprawiając włosy.
-Nie ma sprawy. - odparłem – Może pójdziemy gdzie indziej?
-Jasne – ponownie uśmiechnęła się do mnie.
   Wyszliśmy ze sklepu Weasley'ów i ruszyliśmy ulicą. Wtedy też nie myślałem, co robią Zabinie i Pansy. Może nawet nie zauważyli, że wyszedłem. Rozmawiałem z Elen swobodnie, nie pamiętam kiedy ostatnio z kimś rozmawiało mi się tak dobrze. Przy tej dziewczynie czułem się całkiem jak inna osoba, jakbym nie był sobą. Niestety, raczej nie jest mi pisane bym ciągle był tak szczęśliwy...

   Wróciłem do domu i w korytarzu słyszałem kłótnie rodziców.
-Nie ma mowy! Draco nie wróci do Hogwartu!
-Ale to ostatni rok. Ja nie puszcze go do Durmstrangu. Po pierwsze za daleko, a po drugie za dużo czarnej magii.
-Nie ma on jedenastu lat! - wszedłem do salonu i spojrzałem na rodziców, a oni patrzyli na mnie.
-Idę do Hogwartu i nie zmienisz tego – rzuciłem oschle.
-Nie wyrażam zgody... - zaczął spokojnie.
-Jestem pełnoletni i sam decyduje!
-Dopóki mieszkasz pod tym dachem, to ja o wszystkim decyduje!
-Więc decyduj sobie co chcesz, a ja wynoszę się stąd!! - uniosłem głos i przywołałem do siebie swoją torbę, częściowo spakowaną. Chwyciłem ją i ruszyłem w stronę wyjścia.
-Draco, czekaj! Pójdziesz do Hogwartu, ale zostań... - zaczęła matka, ale ja nie reagowałem – Lucjusz, zrób coś!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz