Właśnie stoję przed rodzinnym dworem. Rozejrzałem
się po okolicy... Jak zwykle pogoda nadawała temu miejscu
melancholijny wygląd. Ciężkie deszczowe chmury nie przepuszczały
promieni słońca. Północny wiatr był zimny, nawet teraz, w
lato. Tutejsze lasy i trawy były ciemnozielone. Wokół nie
było widać innych ozdób oprócz kilku szarych kamieni,
które były porośnięte mchem. Ciężko westchnąłem i
ruszyłem w stronę drzwi wejściowych. Wspinając się po schodach
usłyszałem głos matki dobiegający z budynku. Rozmawiała z kimś,
w jej głosie wyczuwałem niepokój. Wszedłem do
przestrzennego korytarza. Rzuciłem torbę na podłogę i zacząłem
zdejmować buty. Usłyszałem kroki w salonie, które zbliżały
się do korytarza. Na progu ucichły. Już po zdjęciu butów,
wziąłem torbę i się wyprostowałem. Odwróciłem się w
stronę dużych hebanowych schodów, które prowadziły
na piętro, i zobaczyłem matkę. Nie wyglądała najlepiej, dawno
nie widziałem aby czymś się przejmowała. Słabo uśmiechnęła
się do mnie i ruszyła w moją stronę:
-Cieszę się, że wróciłeś Draco... –
starała się ukryć swój niepokój, ale nie potrafiła
tego aż tak dobrze. Przytuliła mnie, a wtedy z salonu wyszedł mój
ojciec. Puściłem torbę, która głucho upadła na ziemię.
Nie mogłem poruszyć się, stałem wpatrując się w ojca jakbym był
z kamienia. Czułem, że matka mocniej przytuliła mnie, ale krótko.
Rzuciła idąc w stronę kuchni – Zaraz będzie obiad...
Zniknęła z moich oczu. Ojciec ciągle obserwował
mnie. Podniosłem torbę i mocno zacisnąłem pięści, ruszyłem w
stronę schodów na piętro. Mijając ojca, usłyszałem od
niego:
-Czyżbyś się nie cieszył, że wróciłem do
domu?
Zignorowałem go. Po chwili byłem w swoim pokoju.
Rzuciłem torbę na podłogę i kopnąłem miotłę stojącą przy
ścianie, spadła na ziemię. Potem na podłodze wylądowało kilka
książek. Stałem teraz na środku pokoju. W głowie miałem pełno
myśli, zwłaszcza nauk wpajanych przez ojca. Moje rozmyślenia
przerwało pukanie do drzwi pokoju. Spojrzałem na nie:
-Proszę... - rzuciłem i zacząłem zbierać
porozrzucane rzeczy z podłogi.
-Posprzątasz później, chodź zjedź... - tak
jak myślałem, była to moja matka. Ona jedyna w tym domu pukała w
drzwi wchodząc do mojego pokoju. Postawiłem miotłę na miejsce i
ruszyłem za nią na parter, do jadalni.
Siedziałem sztywno przy stole. Przede mną leżał
pusty talerz, a ja patrzyłem wprost na matkę. Ciągle zadaje sobie
pytanie, dlaczego ona nie potrafi sprzeciwić się ojcu. Czy naprawdę
aż tak się go boi? Czy może kocha go aż tak bardzo, że wszystko
znosi? Często te dwa pytanie krążą po mojej głowie, kiedy jemy
wspólny obiad i kolacje.
-Draco jedź... - odezwała się matka łagodnym głosem,
przymknąłem na chwilę oczy i wstawałem od stołu mówiąc:
-Nie jestem głodny...
-Siadaj i jedź. – rzucił obojętnie ojciec. Stałem
już i patrzyłem na niego, przysuwając krzesło do stołu, uniósł
głos – Siadaj i jedź!.
-Nie jestem głodny – powtórzyłem. Odwróciłem
się i ruszyłem w stronę korytarza.
-Mógłbyś chociaż zostać do końca posiłku –
rzucił oschle, spojrzałem na niego i bez słowa wróciłem do
swojego pokoju. Sprzątnąłem, wziąłem prysznic i zasnąłem przed
kolacją.
Dzisiejszej nocy wyspałem się jak nigdy dotąd.
Rano obudziłem się i chętnie wstałem. Po porannej toalecie,
przebrany, poszedłem zjeść śniadanie. W jadalni spotkałem ojca,
czytał Proroka Codziennego. Na pierwszej stronie był duży
nagłówek Uniewinniony – czy słusznie? i jakieś
ruchome zdjęcie. Próbowałem odczytać co pisze pod zdjęciem,
robiąc sobie kanapkę, ale ojciec za nisko trzymał gazetę.
-Aż tak interesują cię plotki na temat mojego
uniewinnienia?
-Tak, bo prawdy sam nie powiesz.
-A jak pobyt we Francji? Spotkałeś tamtejszych
czarodziejów? - zmienił temat.
-Nie było tak źle. Ostatniego dnia brałem udział w
bankiecie organizowanym przez właściciela hotelu, który jest
czarodziejem. Zaprosił tylko szanowane rodziny czarodziejów
oraz stary ród wampirów...
-Właśnie przeglądam artykuł na ten temat – rzucił
sucho i położył gazetę na stole. Nagłówek brzmiał
Magiczny bankiet w Paryżu, a pod nim było zdjęcie – ja
rozmawiający z Elen i właścicielem hotelu. Ojciec dodał –
Widzę, że trafiłeś nawet na jakąś dziewczynę... Nie byle jaką.
Nic nie odpowiedziałem. Dokończyłem śniadanie i
zapytałem z ironią:
-Chciałbyś coś zasugerować?.
-Będąc w twoim wieku, wiedziałem już, że Narcyza
zostanie moją żoną...
-Chyba tylko dlatego by zachować czystość krwi –
rzuciłem, ojciec wbił nóż w stół i popatrzył na
mnie ze wściekłością. Obojętnie patrzyłem prosto w jego oczy.
Do jadalni weszła matka, ojciec wstał i rzucił w moją stronę
kilka słów.
-Uważaj na to co mówisz. - wskazał na Elen,
która akurat na zdjęciu zaczęła uśmiechać się –
Dobrze, że więcej jej nie spotkasz, bo miałbyś same kłopoty.
Wyszedł z pomieszczenia, a potem słychać było
trzaśnięcie frontowymi drzwiami. Przez okno widziałem jak ojciec
teleportował się. Matka patrzyła na mnie ze strachem:
-Dlaczego ciągle widzę zmartwienie na twojej twarzy? -
zapytałem bez jakichkolwiek uczuć, chociaż chciałem potrafić je
wyrażać jak należy.
-Prowokujesz własnego ojca? Powinieneś mieć szacunek
do niego. - zaczęła sprzątać ze stołu.
Popatrzyłem ponownie na zdjęcie w gazecie i poszedłem
do swojego pokoju.
Przeglądałem podręczniki z siódmej klasy,
szczególnie ten od eliksirów i zaklęć. Kiedy znudziło
mi się to, poćwiczyłem trochę a następnie wyszedłem na spacer.
Po obiedzie ponownie siedziałem w swoim pokoju. Po kolacji od razu
poszedłem spać. Taką monotonią żyłem przez kolejne dwa
tygodnie, aż otrzymałem list z Hogwartu. W kopercie znajdowała się odznaka Prefekta Slytherinu. Do
rozpoczęcia roku zostały niecałe dwa tygodnie. Częściowo miałem
spakowaną torbę, trochę ciuchów, wszystkie książki oraz
najważniejsze czyli list, bilet oraz odznaka.
Wybrałem się na Pokątną. Ulica ta była pełna
czarodziejów, wszyscy wybrali się na zakupy. Raczej bez celu
chodziłem po Pokątnej, aż trafiłem na Zabiniego i Parkinson.
-Cześć Draco. - odezwała się dziewczyna – Jak
wakacje?
-Cześć... Bywały gorsze. – odparłem i zapytałem –
Też bez przyczyny chodzicie po Pokątnej?
-Pewnie, lepiej wyjść tutaj niż gnić w domu –
rzucił ciemnoskóry.
-Może pójdziemy gdzieś usiąść i wtedy
pogadamy? - zaproponowała Pansy, a ja kiwnąłem głową.
Szliśmy przez Pokątną rozmawiając. Będą tuż przy
kawiarence na rogu, skąd widać sklep Weasley'ów, mijaliśmy
Granger. Gryfonka jakby delikatnie uśmiechnęła się, ale nie byłem
pewny. Kiedy siadaliśmy w kawiarence, do stolika przy oknie, Pansy
zaczęła rozmowę.
-Zauważyliście jak zuchwale ta Granger się
uśmiechnęła? Myśli, że wszystko jej wolno...
-Mam wrażenie, że jak o niej mówisz to jesteś
zazdrosna.
-Ja?! Zazdrosna o nią?! Proszę cię Blaise, nie
ośmieszaj sam siebie.
-Ty głównie narzekasz na nią, kiedy ona zrobi
coś i zostanie pochwalona.
-A co ty ją tak bronisz?
Moi znajomi jak zwykle docinali sobie nawzajem. Ja nic
się nie odzywałem, spoglądałem za okno. Co chwilę, ktoś
przechodził przez ulicę. Z całą pewność Pokątna jest pusta w
roku szkolnym, a ożywa dopiero przed rozpoczęciem szkoły.
Przyglądałem się teraz sklepowi Weasley'ów. Dużo osób
chodziło tam, trzeba przyznać że mało kto teraz w Hogwarcie
będzie robił psikusy innym, odkąd nie ma tych bliźniaków...
Właśnie zobaczyłem, że do sklepu z psikusami
wchodzi brunetka. Z profilu przypominała mi Elen, bez namysłu
zerwałem się i wyszedłem pośpiesznie z kawiarenki. Skierowałem
się do sklepu Weasley'ów i kiedy wszedłem tam przytłoczyło
mnie wnętrze budynku. Zdawało się, że to piętrowy sklepik,
niewielki. Ale jak się weszło do niego był kilkakrotnie większy.
Rozglądałem się i szukałem dziewczyny podobnej do Elen. Po
półgodzinie już chciałem się poddać, właśnie wracałem
w kierunku wyjścia, kiedy minąłem jakąś brunetkę. Zatrzymałem
się i odwróciłem się w jej stronę. Ona patrzyła na mnie,
uśmiechnęła się i rzuciła pierwsza.
-Jaki świat ten mały...
-Myślałem już, że się pomyliłem... Że widziałem
ciebie. – odparłem, a ona zagryzła dolną wargę, dodałem – A
tak właściwie, co ty tu robisz?
-Zamieszkałam na przedmieściu Londynu i przeniosłam
się do Hogwartu, na siódmym roku będę.
-A jak z wyborem Domu?
-Mogę skorzystać z Tiary Przydziału lub sama
wybrać...
-Przepraszam, że przeszkadzam... - rozpoznałem za sobą
głos Weasley'a – Ale czy mógłbyś opuścić ten budynek,
nie jesteś tu mile widziany Malfoy.
-George daj spokój – odezwała się Elen,
chciałem się sam odezwać ale rudy mnie wyprzedził.
-Pogadać można gdzie indziej, a tu się albo kupuje
albo nie przychodzi w ogóle. - na parterze rozległy się
krzyki. Weasley wychylił się przez barierkę i zaczął krzyczeć –
Pierwszoklasiści uspokoić się albo traficie na Czarną Listę
Gości, a wtedy zakaz wstępu całkowity!!
Jedenastolatkowie nie posłuchali się, więc George
ruszył biegiem za nimi. Śmieszyło mnie to, bo kilka grup
pierwszoklasistów biegało po całym sklepie. Akurat obok mnie
i Elen przebiegła jedna grupa i popchnęła brunetkę wprost na
mnie. Złapałem ją w ramiona i zobaczyłem lekki rumieniec na jej
policzkach.
-Dziękuje – rzuciła szybko i odeszła o krok ode
mnie poprawiając włosy.
-Nie ma sprawy. - odparłem – Może pójdziemy
gdzie indziej?
-Jasne – ponownie uśmiechnęła się do mnie.
Wyszliśmy ze sklepu Weasley'ów i ruszyliśmy
ulicą. Wtedy też nie myślałem, co robią Zabinie i Pansy. Może
nawet nie zauważyli, że wyszedłem. Rozmawiałem z Elen swobodnie,
nie pamiętam kiedy ostatnio z kimś rozmawiało mi się tak dobrze.
Przy tej dziewczynie czułem się całkiem jak inna osoba, jakbym nie
był sobą. Niestety, raczej nie jest mi pisane bym ciągle był tak
szczęśliwy...
Wróciłem do domu i w korytarzu słyszałem
kłótnie rodziców.
-Nie ma mowy! Draco nie wróci do Hogwartu!
-Ale to ostatni rok. Ja nie puszcze go do Durmstrangu.
Po pierwsze za daleko, a po drugie za dużo czarnej magii.
-Nie ma on jedenastu lat! - wszedłem do salonu i
spojrzałem na rodziców, a oni patrzyli na mnie.
-Idę do Hogwartu i nie zmienisz tego – rzuciłem
oschle.
-Nie wyrażam zgody... - zaczął spokojnie.
-Jestem pełnoletni i sam decyduje!
-Dopóki mieszkasz pod tym dachem, to ja o
wszystkim decyduje!
-Więc decyduj sobie co chcesz, a ja wynoszę się
stąd!! - uniosłem głos i przywołałem do siebie swoją torbę,
częściowo spakowaną. Chwyciłem ją i ruszyłem w stronę wyjścia.
-Draco, czekaj! Pójdziesz do Hogwartu, ale
zostań... - zaczęła matka, ale ja nie reagowałem – Lucjusz,
zrób coś!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz