Szybko szedłem wzdłuż ulicy, gdzieś na
przedmieściach Londynu. Nie dość, że nie wiem gdzie idę, to nie
wiem gdzie mogę zatrzymać się. Na pewno nie w Dziurawym Kotle, czy
u kogoś znajomego – ojciec od razu szukałby mnie tam. Uliczne
lampy już zgasły, ale księżyc wystarczająco oświetlał
otoczenie. Dlaczego właściwie inaczej reaguje na moje otoczenie niż
dotychczas? Rodzice zawsze dbali o mnie, pilnowali by nie stało mi
się nic złego, a i tak mam do nich jakiś żal. Właściwie dręczą
mnie ideały wpajane przez nich, co dziwne wcześniej tak nie
miałem...
Nagle pękła jakaś gałąź, blisko mnie. To
wyrwało mnie z zamyślenia. Zatrzymałem się i spojrzałem na
gęstwinę po mojej lewej stronie, a następnie na księżyc. Ziemski
satelita nie był pełnym okręgiem, co oznaczało że dopiero jutro
jest pełnia. Wzruszyłem obojętnie ramionami i szedłem dalej przed
siebie. Gęstwina krzewów co jakiś czas poruszała się,
mógłbym powiedzieć że to przez wiatr, ale przecież nie
wiało. Ta sytuacja zaczęła mnie drażnić na tyle, że ponownie
zatrzymałem się i spojrzałem na zarośla. Na początku nic nie
zauważyłem, ale w końcu zobaczyłem szkarłatne świecące oczy...
Zatrzymał się jakiś samochód, spojrzałem
na ulicę i poczułem chwilowy wiatr. Spojrzałem ponownie na
gęstwinę, ale oczy, które widziałem i jestem tego pewien,
zniknęły. Odwróciłem się w stronę ulicy i przyjrzałem
się samochodu. Nie wyglądał najgorzej, chciałem iść dalej, ale
zorientowałem się że patrzę na Pottera:
-Malfoy? - odezwał się pierwszy – Pomyliłeś drogę?
-Śmiej się ile chcesz Potter, ale nie mam ochoty na
pogaduszki. – rzuciłem obojętnie i ruszyłem, słyszę że Potter
jedzie tuż obok mnie – Coś chcesz? - zapytałem zatrzymując się
i spoglądając na niego. Zatrzymał samochód i dodał przez
otwarte okno.
-Zgaduje że miałeś dość domu. - spojrzał na moją
torbę.
-Masz rację i co z tego?.
-Z całą pewnością też nie pójdziesz gdzieś
gdzie twój ojciec mógłby bez problemu zjawić się...
Więc może zechcesz przenocować u mnie?
Myślałem, że zacznę się śmiać, ale tylko
zdziwiony patrzyłem na szatyna. Potter zaoferował bym przenocował
u niego, dziwna sytuacja:
-Dzięki Potter, ale aż tak źle nie jest... - chciałem
iść dalej, ale on znowu się odezwał.
-Raczej jest, nie oszukujmy się. - niechętnie kiwnąłem
głową, a Potter uśmiechnął się i dodał – Wsiadaj.
Po kilkunastominutowej podróży, Potter
zatrzymał samochód na podjeździe przed domem Grimmauld Place
12, budynek był zadbany.
-No to jesteśmy na miejscu – rzucił szatyn i
wysiadł. Również wysiadłem z samochodu. Zatrzasnąłem
drzwi i ruszyłem za Potterem w stronę schodów. Wszedł do
domu i zamknął drzwi za mną. Korytarz był dość szeroki i długi,
w pastelowych barwach. Po lewej stronie były podwójne drzwi,
a na końcu korytarza były schody. Zgaduje, że cały budynek został
odnowiony... Usłyszałem kroki zbliżające się do korytarza i głos
dziewczyny:
-Harry w końcu jesteś, już myślałam... - z
pomieszczenia po prawej wyszła Granger i upuściła talerz. Szło
pokruszyło się na wiele kawałków różnej wielkości.
Dziewczyna wyciągnęła różdżkę, machnęła nią, i po
chwili miała cały talerz w ręku, spojrzała na mnie. Na początku
niepewnie popatrzyła, następnie uśmiechnęła się i dodała –
Macie szczęście, dopiero kolacje zrobiłam.
Granger wróciła do pomieszczenia, z którego
wyszła, a Potter poklepał mnie po ramieniu i rzucił:
-Chodź, później pokaże ci pokój.
Przy później kolacji milczeliśmy. Oprócz
Granger, był także Weasley. W końcu dręczącą ciszę przerwała
dziewczyna:
-Harry, jak w Ministerstwie?
-Wypytywali mnie czy wracam do Hogwartu i czym chcę
zajmować się...
-Wspomnieli coś o atakach? Tych na zwierzęta domowe i
bezdomnych, stwierdza zawsze u nich osłabienie oraz te ślady, jak
po kłach – zaciekawiło mnie to, bo nic o tym dotychczas nie
słyszałem.
-Chwilowo wspomnieli... Coś, że był pierwszy atak na
czarodzieja i potwierdzono, że to wampir. Tylko tyle.
-Od dawna są te ataki? - odezwałem się, a Ron
zdziwiony popatrzył na mnie.
-Pierwsze takie zdarzenie było jakoś pod koniec lipca
i dość częste, później cichło i przychodziły takie
informacje z Francji. Teraz ponownie wróciło do Anglii. –
odparła Hermiona – Ale najczęściej jest, na jednym z przedmieść
Londynu, dokładnie .
-Dziwne, że nie mają tego wampira skoro Ministerstwo
ciągle obserwuje miejsca ataków...
-Może liczą, że ktoś inny rozwiąże ten problem za
nich – rzuciłem przerywając rudzielcowi i patrząc na Potter'a.
Ponownie wbiłem wzrok w talerz i powoli jadłem, znowu zapadła
uciążliwa cisza. Kiedy wszyscy skończyli jeść, Hermiona zebrała
talerze. Odezwał się Weasley:
-Draco, zdaje mi się że się zmieniłeś. -
popatrzyłem na niego zdziwiony, a później na Potter'a –
No, mijałem cię na Pokątnej i wydawałeś się wtedy milszy, tak
jak teraz.
Nic nie odpowiedziałem i wstałem od stołu. Akurat
Granger wróciła do jadalni i rzuciłem w jej stronę:
-Dziękuje za kolacje... - lekko uśmiechnęła się do
mnie.
-Pokaże ci pokój – w moją wypowiedź wtrącił
się Harry, kiwnąłem głową.
Wróciliśmy do korytarza i szedłem za
Potter'em po schodach na górę. Ominęliśmy schody prowadzące
na strych i szliśmy korytarzem do końca. W końcu Potter otworzył
ostatnie drzwi i zapalił światło, rzucił:
-Dobrej nocy.
-Dzięki, nawzajem – odparłem i szatyn wyszedł
zamykając drzwi.
Pokój był nie wielki, pomalowany na pastelową
zieleń. Były tam jeszcze jedne drzwi, zajrzałem przez nie – była
tam osobna łazienka. Ponownie rozejrzałem się po pokoju, stało
tam pojedyncze łóżko, niewielka szafeczka, ciężka szafa z
dwoma szufladami na dole i stolik z krzesłem, nad którym był
niewielki regał na książki. Swoją torbę położyłem pod oknem.
Ciężko westchnąłem i położyłem się...
Na początku spokojnie sobie spałem, kiedy nagle
obudziłem się i nie mogłem ponownie zasnąć. Moja głowa była
pełna przemyśleń, znowu. Miałem tego dość, chciałem się tego
pozbyć a nie mogłem. Przemęczyłem się... Rano usłyszałem
trzaśnięcie drzwiami wyjściowymi, powoli wstałem i przeszedłem
korytarzem do okna, z którego widziałem podjazd. Potter i
Weasley wsiadali do samochodu, a Granger coś do nich ciągle mówiła
wymachując rękami, w końcu także wsiadła i odjechali. Wróciłem
do pokoju i jakiś czas siedziałem na łóżku, wpatrując się
w ruchome zdjęcie gór. Mgła leniwie przesuwała się po
ostrych skałach, widać był kozicę która przeskakiwała z
jednej skalnej półki na drugą. W końcu przebrałem się i
zszedłem na parter. Ponownie odezwał się mój żołądek,
zajrzałem do kuchni. Na szafce stał talerz z ciepłymi naleśnikami,
a obok karteczka do mnie i sztućce. Wziąłem kartkę i
przeczytałem.
Byłem w szoku. Nie wiem co o tym myśleć, wziąłem śniadanie a kartkę zgniotłem i schowałem do kieszeni.
Po śniadaniu, zmyłem talerz przy pomocy magii i
postanowiłem rozejrzeć się po parterze. Obok jadalni był
przestronny salon, i tam znalazłem ostatni numer Proroka
Codziennego oraz ten numer, który ukazał się dzień po
moim powrocie. Na początku chciałem go przejrzeć, ale widząc
nagłówek na pierwszej stronie od razu zmieniłem zdanie.
Przeszedłem przez korytarz i zajrzałem do pomieszczenia przy
schodach. Było to przestrzenny pokój, umeblowany w starym
stylu. Na półkach stało wiele starych ksiąg, nad kominkiem
wisiał herb Hogwartu. Na ścianie, oddzielającej pokój od
korytarza, było wielkie malowidło. Było to drzewo geologiczne rodu
Blacków, przyjrzałem mu się dokładnie, zaczynając od
konaru. Mniej więcej w połowie, była ostatnia linia potomków.
Odnalazłem sobie i swoich rodziców. Nawet nie wiem ile czasu
spędziłem siedząc tam.
-Obiad czeka – usłyszałem Potter'a i spojrzałem
na próg, stał tam oparty o ciemne drewno. Powolnym krokiem
ruszyłem w stronę jadalni, do pomieszczenia wszedłem ramię w
ramię z szatynem.
-Dlaczego Harry jest dla niego taki miły, mimo…
-Ron przestań! Zachowujesz się jak jakiś bachor.
-Super jeszcze nazywasz mnie dzieckiem...
Nagle zamilkli patrząc w naszą stronę. Weasley usiadł
i zaczął jeść, Granger także usiadła. Zaczęła jeść, dopiero
kiedy ja i Potter usiedliśmy. Ponownie posiłkowi towarzyszyła
niemiła atmosfera. Kiedy tylko skończyłem jeść, wstałem i
powiedziałem:
-Dziękuje za miłą gościnę... A także, że mógłbym
zostać tutaj dłużej, ale nie skorzystam z tego.
-Draco... - głos zabrała dziewczyna i spojrzała na
swoich przyjaciół, a potem znowu na mnie – Lepiej jak
zostaniesz, jeśli nie jesteś pewny gdzie możesz bezpiecznie
zatrzymać się...
-Hermiona, przecież to jego wybór – rzucił
rudy.
-Ron! - skarciła go wzrokiem i ponownie zwróciła
się do mnie – Dla mnie i dla Harry'ego nie przeszkadza twoja
obecność tutaj, a Ron to Ron... - na jej twarzy malowało się
zmartwienie – Tym bardziej, co dzieje się ostatnio po zmroku...
-Poradzę sobie. - rzuciłem obojętnie i chciałem już
wyjść, kiedy przypomniałem sobie jedną rzecz, milszym głosem
dodałem – Dzięki za śniadanie.
Ona kiwnęła głową i popatrzyła na Potter'a.
Wszedłem do korytarza i chwyciłem stojącą tam moją torbę,
słyszałem szybkie kroki w jadalni. Już zszedłem po schodach,
kiedy przede mną zjawił się Potter.
-Draco, no daj spokój.
-To ty daj spokój. Nie dziwie się reakcji
Wealsey'a na mnie, przecież jesteśmy wrogami od pierwszego
spotkania.
-Przestałem tak myśleć, a Hermiona nigdy tak nie
uważała. A Ron... No cóż, gada wszystko...
-Tak będzie najlepiej i tyle – rzuciłem i zniknąłem.
Od teleportacji minęło kilka godzin, a ja błąkam
się po ulicach przedmieść. Jest co raz to później,
niedługo północ. Zaczynam trochę żałować, że nie
zostałem, tym bardziej że jest pełnia księżyca. Idę przed
siebie, w prawym rękawie trzymam różdżkę, na lewym
ramieniu niosę torbę i spoglądam na bezchmurne niebo. Szkoda, że
w Londynie nie widać gwiazd tak jak poza nim. Zegar, który
wisiał na lamie ulicznej, wskazywał północ. Czułem na
sobie czyjś wzrok, akurat szedłem jakąś zacienioną aleją... I
tylko tyle pamiętam z tego dnia.
Obudziłem się... Czułem się bardzo słaby. Z
trudem uniosłem ręce, wydawały mi się strasznie ciężkie, by
przetrzeć oczy. Zobaczyłem, że moje prawe przedramię jest
zabandażowane. Usiadłem i zakręciło mi się w głowie, kiedy to
minęło rozejrzałem się. Siedziałem na łóżku, w
niewielki pokoiku o śnieżnobiałych ścianach. Nie wiedziałem
gdzie jestem, na szafeczce obok łóżka leżała moja różdżka.
Chciałem już wstać, kiedy otworzyły się drzwi. Spojrzałem w ich
kierunku i zobaczyłem Elen...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz