poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział drugi: Potter

   Szybko szedłem wzdłuż ulicy, gdzieś na przedmieściach Londynu. Nie dość, że nie wiem gdzie idę, to nie wiem gdzie mogę zatrzymać się. Na pewno nie w Dziurawym Kotle, czy u kogoś znajomego – ojciec od razu szukałby mnie tam. Uliczne lampy już zgasły, ale księżyc wystarczająco oświetlał otoczenie. Dlaczego właściwie inaczej reaguje na moje otoczenie niż dotychczas? Rodzice zawsze dbali o mnie, pilnowali by nie stało mi się nic złego, a i tak mam do nich jakiś żal. Właściwie dręczą mnie ideały wpajane przez nich, co dziwne wcześniej tak nie miałem...
   Nagle pękła jakaś gałąź, blisko mnie. To wyrwało mnie z zamyślenia. Zatrzymałem się i spojrzałem na gęstwinę po mojej lewej stronie, a następnie na księżyc. Ziemski satelita nie był pełnym okręgiem, co oznaczało że dopiero jutro jest pełnia. Wzruszyłem obojętnie ramionami i szedłem dalej przed siebie. Gęstwina krzewów co jakiś czas poruszała się, mógłbym powiedzieć że to przez wiatr, ale przecież nie wiało. Ta sytuacja zaczęła mnie drażnić na tyle, że ponownie zatrzymałem się i spojrzałem na zarośla. Na początku nic nie zauważyłem, ale w końcu zobaczyłem szkarłatne świecące oczy...
   Zatrzymał się jakiś samochód, spojrzałem na ulicę i poczułem chwilowy wiatr. Spojrzałem ponownie na gęstwinę, ale oczy, które widziałem i jestem tego pewien, zniknęły. Odwróciłem się w stronę ulicy i przyjrzałem się samochodu. Nie wyglądał najgorzej, chciałem iść dalej, ale zorientowałem się że patrzę na Pottera:
-Malfoy? - odezwał się pierwszy – Pomyliłeś drogę?
-Śmiej się ile chcesz Potter, ale nie mam ochoty na pogaduszki. – rzuciłem obojętnie i ruszyłem, słyszę że Potter jedzie tuż obok mnie – Coś chcesz? - zapytałem zatrzymując się i spoglądając na niego. Zatrzymał samochód i dodał przez otwarte okno.
-Zgaduje że miałeś dość domu. - spojrzał na moją torbę.
-Masz rację i co z tego?.
-Z całą pewnością też nie pójdziesz gdzieś gdzie twój ojciec mógłby bez problemu zjawić się... Więc może zechcesz przenocować u mnie?
Myślałem, że zacznę się śmiać, ale tylko zdziwiony patrzyłem na szatyna. Potter zaoferował bym przenocował u niego, dziwna sytuacja:
-Dzięki Potter, ale aż tak źle nie jest... - chciałem iść dalej, ale on znowu się odezwał.
-Raczej jest, nie oszukujmy się. - niechętnie kiwnąłem głową, a Potter uśmiechnął się i dodał – Wsiadaj.

   Po kilkunastominutowej podróży, Potter zatrzymał samochód na podjeździe przed domem Grimmauld Place 12, budynek był zadbany.
-No to jesteśmy na miejscu – rzucił szatyn i wysiadł. Również wysiadłem z samochodu. Zatrzasnąłem drzwi i ruszyłem za Potterem w stronę schodów. Wszedł do domu i zamknął drzwi za mną. Korytarz był dość szeroki i długi, w pastelowych barwach. Po lewej stronie były podwójne drzwi, a na końcu korytarza były schody. Zgaduje, że cały budynek został odnowiony... Usłyszałem kroki zbliżające się do korytarza i głos dziewczyny:
-Harry w końcu jesteś, już myślałam... - z pomieszczenia po prawej wyszła Granger i upuściła talerz. Szło pokruszyło się na wiele kawałków różnej wielkości. Dziewczyna wyciągnęła różdżkę, machnęła nią, i po chwili miała cały talerz w ręku, spojrzała na mnie. Na początku niepewnie popatrzyła, następnie uśmiechnęła się i dodała – Macie szczęście, dopiero kolacje zrobiłam.
Granger wróciła do pomieszczenia, z którego wyszła, a Potter poklepał mnie po ramieniu i rzucił:
-Chodź, później pokaże ci pokój.
   Przy później kolacji milczeliśmy. Oprócz Granger, był także Weasley. W końcu dręczącą ciszę przerwała dziewczyna:
-Harry, jak w Ministerstwie?
-Wypytywali mnie czy wracam do Hogwartu i czym chcę zajmować się...
-Wspomnieli coś o atakach? Tych na zwierzęta domowe i bezdomnych, stwierdza zawsze u nich osłabienie oraz te ślady, jak po kłach – zaciekawiło mnie to, bo nic o tym dotychczas nie słyszałem.
-Chwilowo wspomnieli... Coś, że był pierwszy atak na czarodzieja i potwierdzono, że to wampir. Tylko tyle.
-Od dawna są te ataki? - odezwałem się, a Ron zdziwiony popatrzył na mnie.
-Pierwsze takie zdarzenie było jakoś pod koniec lipca i dość częste, później cichło i przychodziły takie informacje z Francji. Teraz ponownie wróciło do Anglii. – odparła Hermiona – Ale najczęściej jest, na jednym z przedmieść Londynu, dokładnie .
-Dziwne, że nie mają tego wampira skoro Ministerstwo ciągle obserwuje miejsca ataków...
-Może liczą, że ktoś inny rozwiąże ten problem za nich – rzuciłem przerywając rudzielcowi i patrząc na Potter'a. Ponownie wbiłem wzrok w talerz i powoli jadłem, znowu zapadła uciążliwa cisza. Kiedy wszyscy skończyli jeść, Hermiona zebrała talerze. Odezwał się Weasley:
-Draco, zdaje mi się że się zmieniłeś. - popatrzyłem na niego zdziwiony, a później na Potter'a – No, mijałem cię na Pokątnej i wydawałeś się wtedy milszy, tak jak teraz.
Nic nie odpowiedziałem i wstałem od stołu. Akurat Granger wróciła do jadalni i rzuciłem w jej stronę:
-Dziękuje za kolacje... - lekko uśmiechnęła się do mnie.
-Pokaże ci pokój – w moją wypowiedź wtrącił się Harry, kiwnąłem głową.
   Wróciliśmy do korytarza i szedłem za Potter'em po schodach na górę. Ominęliśmy schody prowadzące na strych i szliśmy korytarzem do końca. W końcu Potter otworzył ostatnie drzwi i zapalił światło, rzucił:
-Dobrej nocy.
-Dzięki, nawzajem – odparłem i szatyn wyszedł zamykając drzwi.
   Pokój był nie wielki, pomalowany na pastelową zieleń. Były tam jeszcze jedne drzwi, zajrzałem przez nie – była tam osobna łazienka. Ponownie rozejrzałem się po pokoju, stało tam pojedyncze łóżko, niewielka szafeczka, ciężka szafa z dwoma szufladami na dole i stolik z krzesłem, nad którym był niewielki regał na książki. Swoją torbę położyłem pod oknem. Ciężko westchnąłem i położyłem się...
   Na początku spokojnie sobie spałem, kiedy nagle obudziłem się i nie mogłem ponownie zasnąć. Moja głowa była pełna przemyśleń, znowu. Miałem tego dość, chciałem się tego pozbyć a nie mogłem. Przemęczyłem się... Rano usłyszałem trzaśnięcie drzwiami wyjściowymi, powoli wstałem i przeszedłem korytarzem do okna, z którego widziałem podjazd. Potter i Weasley wsiadali do samochodu, a Granger coś do nich ciągle mówiła wymachując rękami, w końcu także wsiadła i odjechali. Wróciłem do pokoju i jakiś czas siedziałem na łóżku, wpatrując się w ruchome zdjęcie gór. Mgła leniwie przesuwała się po ostrych skałach, widać był kozicę która przeskakiwała z jednej skalnej półki na drugą. W końcu przebrałem się i zszedłem na parter. Ponownie odezwał się mój żołądek, zajrzałem do kuchni. Na szafce stał talerz z ciepłymi naleśnikami, a obok karteczka do mnie i sztućce. Wziąłem kartkę i przeczytałem. 
Byłem w szoku. Nie wiem co o tym myśleć, wziąłem śniadanie a kartkę zgniotłem i schowałem do kieszeni.
   Po śniadaniu, zmyłem talerz przy pomocy magii i postanowiłem rozejrzeć się po parterze. Obok jadalni był przestronny salon, i tam znalazłem ostatni numer Proroka Codziennego oraz ten numer, który ukazał się dzień po moim powrocie. Na początku chciałem go przejrzeć, ale widząc nagłówek na pierwszej stronie od razu zmieniłem zdanie. Przeszedłem przez korytarz i zajrzałem do pomieszczenia przy schodach. Było to przestrzenny pokój, umeblowany w starym stylu. Na półkach stało wiele starych ksiąg, nad kominkiem wisiał herb Hogwartu. Na ścianie, oddzielającej pokój od korytarza, było wielkie malowidło. Było to drzewo geologiczne rodu Blacków, przyjrzałem mu się dokładnie, zaczynając od konaru. Mniej więcej w połowie, była ostatnia linia potomków. Odnalazłem sobie i swoich rodziców. Nawet nie wiem ile czasu spędziłem siedząc tam.
   -Obiad czeka – usłyszałem Potter'a i spojrzałem na próg, stał tam oparty o ciemne drewno. Powolnym krokiem ruszyłem w stronę jadalni, do pomieszczenia wszedłem ramię w ramię z szatynem.
-Dlaczego Harry jest dla niego taki miły, mimo…
-Ron przestań! Zachowujesz się jak jakiś bachor.
-Super jeszcze nazywasz mnie dzieckiem...
Nagle zamilkli patrząc w naszą stronę. Weasley usiadł i zaczął jeść, Granger także usiadła. Zaczęła jeść, dopiero kiedy ja i Potter usiedliśmy. Ponownie posiłkowi towarzyszyła niemiła atmosfera. Kiedy tylko skończyłem jeść, wstałem i powiedziałem:
-Dziękuje za miłą gościnę... A także, że mógłbym zostać tutaj dłużej, ale nie skorzystam z tego.
-Draco... - głos zabrała dziewczyna i spojrzała na swoich przyjaciół, a potem znowu na mnie – Lepiej jak zostaniesz, jeśli nie jesteś pewny gdzie możesz bezpiecznie zatrzymać się...
-Hermiona, przecież to jego wybór – rzucił rudy.
-Ron! - skarciła go wzrokiem i ponownie zwróciła się do mnie – Dla mnie i dla Harry'ego nie przeszkadza twoja obecność tutaj, a Ron to Ron... - na jej twarzy malowało się zmartwienie – Tym bardziej, co dzieje się ostatnio po zmroku...
-Poradzę sobie. - rzuciłem obojętnie i chciałem już wyjść, kiedy przypomniałem sobie jedną rzecz, milszym głosem dodałem – Dzięki za śniadanie.
Ona kiwnęła głową i popatrzyła na Potter'a. Wszedłem do korytarza i chwyciłem stojącą tam moją torbę, słyszałem szybkie kroki w jadalni. Już zszedłem po schodach, kiedy przede mną zjawił się Potter.
-Draco, no daj spokój.
-To ty daj spokój. Nie dziwie się reakcji Wealsey'a na mnie, przecież jesteśmy wrogami od pierwszego spotkania.
-Przestałem tak myśleć, a Hermiona nigdy tak nie uważała. A Ron... No cóż, gada wszystko...
-Tak będzie najlepiej i tyle – rzuciłem i zniknąłem.

   Od teleportacji minęło kilka godzin, a ja błąkam się po ulicach przedmieść. Jest co raz to później, niedługo północ. Zaczynam trochę żałować, że nie zostałem, tym bardziej że jest pełnia księżyca. Idę przed siebie, w prawym rękawie trzymam różdżkę, na lewym ramieniu niosę torbę i spoglądam na bezchmurne niebo. Szkoda, że w Londynie nie widać gwiazd tak jak poza nim. Zegar, który wisiał na lamie ulicznej, wskazywał północ. Czułem na sobie czyjś wzrok, akurat szedłem jakąś zacienioną aleją... I tylko tyle pamiętam z tego dnia.

   Obudziłem się... Czułem się bardzo słaby. Z trudem uniosłem ręce, wydawały mi się strasznie ciężkie, by przetrzeć oczy. Zobaczyłem, że moje prawe przedramię jest zabandażowane. Usiadłem i zakręciło mi się w głowie, kiedy to minęło rozejrzałem się. Siedziałem na łóżku, w niewielki pokoiku o śnieżnobiałych ścianach. Nie wiedziałem gdzie jestem, na szafeczce obok łóżka leżała moja różdżka. Chciałem już wstać, kiedy otworzyły się drzwi. Spojrzałem w ich kierunku i zobaczyłem Elen...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz