wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział trzeci: Księgarnia Esy i Floresy

   Malfoy patrzył na mnie zdziwiony. Zamknęłam drzwi i tackę, którą niosła, odstawiłam na etażerkę. Troskliwie popatrzyłam na blondyna, który ciągle przyglądał się mi:
-Jak się czujesz? - delikatnie przysiadłam się obok niego.
-Słabo... Co się stało? Jak się tutaj znalazłem?
-Coś cię zaatakowało. - wzięłam jego ranne przedramię i powoli zaczęłam zdejmować bandaż, mówiłam dalej – Kiedy znalazłam cię, leżałeś nieprzytomny. Straciłeś znaczną ilość krwi i póki co nie możesz się wysilać. Przypuszczam, że zostałeś ofiarą tego wampira... - ostatnie słowo powiedziałam pokazując cudzysłów, dodałam – Niedawno wróciłam stamtąd. Ministerstwo bada już ślady.
   Zużyty bandaż rzuciłam byle jak na tackę i przyjrzałam się ranie. Ona jest dość szeroka, podłużna. W niektórych miejscach wygląda jak poparzenie, ale dobrze widoczne są dwa ślady... Okrągłe wgłębienia były z całą pewnością śladami po ugryzieniu. Niepewnie, delikatnie obuszkiem palca dotknęłam rany. Chłopak drgnął. Spojrzałam na niego, ciągle wpatrywał się we mnie. Chwyciłam gazę i szklaną buteleczkę ze stolika. Po raz kolejny powąchałam płyn w butelce i lekko skrzywiłam się, namoczyłam gazę. Butelka wróciła na swoje miejsce:
-Na pewno będzie boleć... - rzuciłam, a blondyn zaczął:
-Tylko tak... - szybko przyłożyłam lek na całą ranę. Malfoy odruchowo chciał zabrać swoją rękę, zacisnął pięści. Po chwili zdjęłam gazę, która zabarwiła się na ciemnoczerwono i miejscami na czarno. Obrzeża rany były już delikatnie czerwone.
-Będziesz musiał znosić to jeszcze przez jakiś czas, aż nie oczyszczę ranę do końca.
-Pewnie... Dzięki za wszystko.
-Nie ma za co. – teraz zakładam bandaż na jego przedramię. Kiedy skończyłam, wzięłam tackę i rzuciłam – Masz jakieś życzenia co do kolacji?
-Żadnych – uśmiechnął się do mnie.
-To za chwilę przyniosę kolację – zostawiłam otwarte drzwi i zeszłam schodami na parter. Tackę postawiłam na blat szafki kuchennej i wzięłam się za kolacje.
   Po przygotowaniu omletu i tostów z pastą pomidorową, ruszyłam na piętro do pokoju gdzie leżał Draco. Ucieszyłam się, kiedy powiedział, że kolacja mu smakowała.

   Minęły dwa dni. Mój gość czuł się o wiele lepiej. Rana blondyna wyglądał już lepiej. Rok szkolny zaczyna się w następnym tygodniu, a ja jeszcze wszystkiego nie kupiłam. Razem wybraliśmy się na Pokątną.
   Staliśmy przed sklepem z różdżkami Ollivandera. Przypatrywałam się staremu szyldowi i zamyśliłam się, ocknęłam się słysząc pytanie Malfoya:
-Dlaczego musisz zajść tutaj?
-Coś sprawdzić. – rzuciłam i dodałam patrząc na chłopaka – Nie musisz wszędzie ze mną chodzić...
-Wolę mieć na ciebie oko – odparł żartobliwie, co wywołało uśmiech na mojej twarzy. Weszliśmy do sklepu. Pomieszczenie przytłaczało ilością pudełek na różdżki. Rozglądałam się wokoło kilka razy, w końcu zjawił się starszy pan. Szczupły staruszek stanął za ladą i zmierzył mnie wzrokiem, a następnie Dracona:
-Pan Malfoy... Kiedyś 10 cali, głóg, odpowiednio giętka... Rdzeniem był włos z ogona jednorożca... - blondyn kiwnął głową – Mógłbym zerknąć na obecną pana różdżkę?
Chłopak sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął różdżkę. Podał ją Ollivanderowi, a on zaczął spoglądać na nią pod różnym kątem. Zaciekawiona wyjrzałam zza blondyna i wtedy staruszek rzucił:
-11 i ¾ cala, orzech biały i włos z ogona testrela... Dość giętka. Jeśli wytrwa pan w swoich przekonaniach to będzie wspaniałym kompanem – oddał ją dla Draco i spojrzał na mnie. Wpatrywał się w moje oczy, spuściłam wzrok. Mężczyzna zaśmiał się i dodał – Panienkę widzę pierwszy raz. W jakim celu przychodzisz do mnie?
Powoli wyciągnęłam różdżkę z lewego rękawa bluzy i podałam ją dla Ollivandera.
-Chce dowiedzieć się jak najwięcej o różdżce...
   Dłonie starszego pana zadrżały. Czułam niepewność... Mężczyzna delikatnie ujął różdżkę w swoje palce i zaczął przyglądać się jej. Kilkakrotnie obrócił ją w każdą możliwą stronę. Całe obserwacje zajęły mu kilka minut, w końcu oddał mi różdżkę i zaczął:
-Niesamowite! Nigdy nie spotkałem się z taką precyzją wykonania. Widać, że różdżka jest bardzo stara. Zapewne przekazywana z pokolenia na pokolenie... - szybko pokiwałam głową, chociaż to nie była prawda – Do tego ta różnorodność... - dłuższą chwilę milczał. Czułam narastające we mnie napięcie. Draco patrzył na mnie, a Ollivander gdzieś w przestrzeń ku górze. Raptem spojrzał na mnie i w tym momencie zaczął mówić dalej – Jak pani nazywa się?
-Elen Scarlet.
-Z całą pewnością ta różdżka nie powstała na wyspach... Nie mogę nadziwić się, jak dla tego wytwórcy udało się połączyć pięć rodzajów drewna z dwoma rdzeniami... Bardzo dziwi mnie duża sztywność różdżki, ale to można wytłumaczyć tylko w jeden sposób... - patrzył znowu w milczeniu na mnie – Ale to mało istotne.
-Jak bardzo ta różdżka jest zróżnicowana?
-Głównym materiałami wykonania są cedr i grab. Zdawałoby się, że jabłoń, leszczyna i wiśnia zostały wykorzystane tylko do elementów dekoracyjnych, ale tak naprawdę ich ilość jest większa. Pani różdżka jest dość ciężka, możliwe że została wykorzystana naprawdę trudna techniką prasowania... Podwójny rdzeń jest intrygujący, a jest to włos z głowy wili oraz krew. Pierwszy raz spotykam się z krwią, ale słyszałem o wykorzystywaniu krwi wampirów... 13 cali.
Nikt z nas nie odzywał się, zaczęłam analizować to co powiedział wytwórca różdżek. Schowałam swoją różdżkę, a mężczyzna dodał:
-Naprawdę niesamowite... Posiada pani duży potencjał. Miesiąc temu także przyszła tu czarodziejka z niezwykłą różdżką.
-Także pytała o różdżkę?
-Tak... Paskudny miała charakter.
-Dziękuje za pomoc panie Ollivanderze. Do widzenia. - rzuciłam i wyszłam z Draco na ulice.

   Przeszliśmy kawałek chodnikiem milcząc. Co jakiś czas spoglądałam na blondyna. Jego postać była interesująca, tak jak niektórych magów, których już spotkałam... W zależności od otoczenia jego ostre rysy twarzy zmieniały się, podobnie jak chłód w jego srebrzystobłękitnych oczach. Na jego ustach malował się uśmiech:
-Możesz przestać próbować wejść w mój umysł? - spojrzał na mnie, a ja speszyłam się i szybko odparłam:
-Przypadek... Nie zawsze kontroluje tego.
   Akurat przechodziliśmy obok sklepu z szatami. Długa nazwa sklepu wymusiła ogromny szyld. Zatrzymałam się i zaczęłam analizować listę zakupów. W końcu trafiłam na szaty, ciężko westchnęłam i rzuciłam sama do siebie:
-Mhym... Będzie ciekawie.
Po niecałych trzech godzinach w końcu wyszłam ze sklepu Madame Malkin. Kobieta ciężko napracowała się, aż w końcu wybrałam wszystkie szaty. Pytała mnie o poprzednią szkołę i dlaczego spośród Domów Hogwartu wybrałam Slytherin. Kiedy znowu szłam ulicą z Draco, zastanawiałam się dlaczego jest taki milczący. Minęliśmy już księgarnie, nagle odezwał się:
-Masz już wszystkie książki?
Pokręciłam głową i wróciliśmy się do wejścia do księgarni.
   Po zakupach, po raz kolejny, wysłałam je do domu. Jeszcze na chwilkę chciałam rozejrzeć się za innymi książkami. Rozglądałam się po księgarni, nawet nie wiem kiedy odłączyłam się od Malfoya. Powoli kierowałam się w stronę wyjścia, kiedy niedaleko schodów na piętro zauważyłam blondyna. Zauważył mnie, wsadził ręce do kieszeni i uśmiechnął się, pewnie posiada grano fanek w szkole. Będzie ciekawie... Obok niego zatrzymał się szatyn z rudowłosą dziewczyną. Zaciekawiły mnie obie postacie... Zorientowałam się, że o tej dziewczynie wspominała Fleur. No tak... To była Ginny, siostra Billa. Nagle blondyn zawołał mnie:
-Idziesz w końcu Elen? - ruszyłam w ich stronę. Draco nadal rozmawiał z szatynem, ale Weasley nie była zadowolona rozmową. Kiedy już zatrzymałam się obok rozmawiających spojrzałam na szatyna. Lekko uśmiechnęłam się do niego:
-Jesteś nowa? - kiwnęłam głową, on wyciągną do mnie rękę i dodał – Harry.
-Elen. Przeniosłam się z Beauxbatons- podałam mu dłoń. Jest naprawdę przyjazny wobec wszystkich.
-Malfoy, co z twoim przedramieniem? - zaczęła rudowłosa i dodała ironicznie – Znowu robisz z siebie ofiarę?
-Myśl sobie co chcesz... - odparł blondyn, a Potter przerwał mu.
-Zastanawia mnie dlaczego Prorok Codzienny nie pisze wprost kto został zaatakowany, bo ich śledztwo, póki co, jest bezskuteczne.
-Pewnie chcesz jakoś im pomóc...
-Nie, nie dotyczy to mnie.
-Ciekawe czy szkoła będzie jakoś chroniona...
-Przecież będzie Harry – rzucił blondyn i, razem z szatynem, śmiał się, a Ginny zignorowała to. Nagle Malfoy umilkł. Spojrzałam gdzie spoglądał niebieskooki. Przy drzwiach stał, już starszy, mężczyzna, który przypominał Draco. Spojrzałam w oczy blondyna. Ma bardzo chłodne spojrzenie, na jego czole zauważyłam zmarszczkę, która pojawiała się u ludzi kiedy złościli się i chcieli okazać swoje niezadowolenie – Elen, znalazłaś tą książkę?
-N-nie... - zaskoczył mnie.
-Dobra, do zobaczenia we wrześniu – rzucił Potter, Malfoy kiwnął głową, i wraz ze swoją dziewczyną ruszył w głąb pomieszczenia. Blondyn chwycił mnie za dłoń i pociągnął wśród regały.
   W ostatniej chwili ponownie zerknęłam w stronę wyjścia. Teraz jestem pewna, że to jego ojciec. Po chwili Draco zatrzymał się i rozejrzał. Puścił mnie, odszedł kawałek. Na jego twarzy malowała się złość, co chwile zaciskał pięści. Obserwowałam go dłuższą chwilę, kiedy zapytałam:
-Draco, mógłbyś powiedzieć o sobie coś więcej?
-A co chcesz wiedzieć? - jego twarz złagodniała.
-Jakie są twoje relacje z rodzicami?
Znieruchomiał. Patrzył na mnie, ale nic nie mówił. Chciałam już powiedzieć, żeby nie odpowiadał, ale zaczął:
-Ostatnio negatywne, ale tylko z ojcem. - nie oczekiwałam, że powie coś więcej – Matka zawsze o mnie dba, a ojciec tylko wpaja swoje nauki...
-Nauki czystości krwi... – wyszeptałam i spojrzałam na Draco. Jego ramiona lekko opadły, patrzył na mnie jakbym czytała wprost z jego myśli.
-Ale nadchodzi moment, kiedy przekonania zmieniają się... Moja matka jest podporządkowana ojcu, zastanawiam się dlaczego... Ojciec jest wierny swoim przekonaniom... Sam nie jestem pewny dlaczego, ale odszedłem z domu... Mam wrażenie, że dopiero teraz zaczynam być sobą i nikogo nie udaje...
-A czy pomyślałeś, – powoli podeszłam bliżej niego – że powodem tego może być... Np. bycie otwartym? Przestanie tłumienia wszystkiego w sobie?
Uśmiechnął się, chwilę później pocałował mnie. Byłam zaskoczona, bo nie spodziewałam się, że może być delikatny... Składał łagodne pocałunki na moich ustach.
-Jak chcecie się miziać to wynocha z księgarni – zza regału wyłoniła się sprzedawczyni, a ja wraz z Draco ruszyliśmy biegiem w stronę wyjścia.
   Wybiegliśmy na chodnik, prawie wpadłam na jakiegoś czarodzieja. Roześmiana okręciłam się wkoło, tuż za mną był blondyn. Raptem chwycił mnie w pasie i okręcił się wokół swojej osi. Śmieliśmy się razem, kiedy przestałam, przyglądałam się Draconowi. Lekko uśmiechając się, patrzyłam jak śmieją się jego oczy oraz usta... Czułam satysfakcje, że coś się zmieniło... Zmieniło się we mnie...
-Draco, - usłyszałam za sobą męski głos, dziwne dreszcze przebiegły po moim ciele – w końcu doczekałem się... Martwiłem się, że coś sobie zrobisz... - odwróciłam się i popatrzyłam na ojca blondyna. Ich kolor włosów był bardzo podobny, podobnie jak jasna karnacja. Gdybym zobaczyła ich dziś po raz pierwszy, powiedziałabym bez wahania Jaki ojciec, taki syn, ale to byłoby kłamstwem. Można było ich odróżnić po oczach i różnicach w postawie. Draco stanął tuż przede mną i rzucił:
-Nie licz, że wrócę do domu.
-Już nie chodzi o to... - spojrzał na mnie i dodał patrząc na syna – Chyba nie masz świadomości kogo znasz...
-Przestań, - obaj mieli twarze pozbawione jakichkolwiek uczuć – nie jestem jak ty...
-Widzę właśnie, bo popełniasz błędy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz